Kontakt

ul. Widzewska 69a

92-308 Łódź
+48 42 673 00 92
fax +48 42 672 53 85
e-mail: wieslawwraga@op.pl
NOWY ADRES STRONY:
Kostrzewiński: Byłem jednym z zawodników, którzy wyłożyli pieniądze na Bońka (2012-06-18 10:39:09)
Kostrzewiński: Byłem jednym z zawodników, którzy wyłożyli pieniądze na Bońka

Zapraszamy na drugą część wywiadu ze Zdzisławem Kostrzewińskim. Opowiada o wyjeździe do USA, zrzutce na Bońka, o rodzinie i o europejskiej przygodzie. Pierwszą część można przeczytać TUTAJ.

 

- Daleko Pan zajechał...
- No tak, wyjechałem do Stanów, ale bardziej do pracy, niż do grania. Chociaż pograłem trochę w polonijnej drużynie – Wiśle Chicago. Zdobyliśmy amatorski puchar Ameryki.


- A jaka to była praca?
- Pracowałem na kontraktorce. Trochę siding, generalnie remonty. Zewnętrzne i wewnętrzne.


- Kiedy nastąpił powrót do kraju?
- Wyjechałem w 79 roku, a wróciłem w 85. Chciałem jechać tylko na rok czasu. Zatrzymał mnie wypadek w pracy. Miałem złamany czwarty krąg szyjny.


- No dobrze, ale jaki pomysł na dalsze funkcjonowanie miał Zdzisław Kostrzewiński? Przecież tu zupełnie inne realia były.
- Ja wróciłem, bo tu żyła moja rodzina. Żona, dwie córki, rodzice jeszcze żyli. Musiałem sobie to wszystko jakoś poukładać.

 

- Skoro Pan wspomniał o żonie... Połączyły Was sportowe charaktery (przyp. Grażyna Osmańska była łyżwiarką figurową, startowała m.in. na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku)?
- Poznałem ją w hali sportowej. Ona jeździła na łyżwach, ja kolegowałem się z hokeistami, przede wszystkim z Adasiem Kopczyńskim, w ten sposób poznaliśmy się. I tak zostało.


- Dwoje sportowców w domu, dzieci były skazane na sport?
- Muszę przyznać, że nic na siłę nie robiliśmy. Młodsza córka poszła w ślady mamy, jeździła na łyżwach. Była wicemistrzynią Polski. Po zakończeniu kariery jeździła w rewii Holiday On Ice.


- Wróćmy do piłki. Dwa słowa: Manchester City.
- Miło wspominam ten wyjazd. Miał być pogrom, a skończyło się szczęśliwym remisem 2:2. Taka ciekawostka, nikt nie poleciał z telewizji z nami. Wszyscy twierdzili, że nas zjedzą.


- A w rewanżu było bardzo ostro. Wie Pan do czego piję?
- Tak, graliśmy na ŁKS-ie. Piętnaście minut przed końcem, dostałem tutaj, tak z tyłu (przyp. Pan Zdzisław pokazuje ślad po faulu). Skarpetę jak ściągnąłem to nie było widać krwi, a kość.


- I co?
Gramy dalej! Sędzia mówi, żeby zejść, ale od Zbyszka, masażysty, wziąłem bandaż i sam sobie opatrzyłem.


- Widzewski charakter?
- No, tak to później mówili.


- A jak to było z PSV?
- No co, w przerwie przegrywając 1:2, zadaliśmy sobie pytanie: co robimy? Stwierdziliśmy, że robimy widowisko i skończyło się 3:5. Ale tam przecież prawie cała reprezentacja Holandii wówczas grała.


- Polska liga była też silna. Jest jakiś „ktoś”, który najbardziej zalazł za skórę?
- Nie, raczej nie. Nikt nie robił na nas wrażenia. Wychodziliśmy i graliśmy, robiliśmy swoje. Każdy najlepiej jak umiał.


- Siła Widzewa to była też, a może przede wszystkim, atmosfera.
- My spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Czy to na dancingach, czy innych spotkaniach. Wiele znajomości zostało po dziś. Miałem bliski kontakt z Heniem Dawidem, z Tadziem Błachno. Po dziś dzień został kontakt telefoniczny. Teraz ci piłkarze idą każdy w swoją stronę.


- Pan Możejko mówił, że dla niego Sobolewski i Wroński to byli ojcowie, a dla Pana?
- Wspominałem o tym pożegnaniu z klubem. Dlatego jakiś tam dystans pozostał. Ale sprzedam panu ciekawostkę.


- W końcu, zamieniam się w słuch?
- Byłem jednym z pięciu zawodników, którzy wyłożyli pieniądze na Zbyszka Bońka. Prezes Sobolewski nie miał kasy i zwrócił się z prośbą do nas o pożyczkę. Chyba na miesiąc. No i zrzuciliśmy się.


- Oddał?
- Oddał, oddał. Tylko, że gdybyśmy wiedzieli, że losy Zbyszka tak się potoczą to byśmy sobie jakiś procent zapewnili od transferu.


- I co? Boniek przyjechał to mu powiedzieliście „kolego, czas zacząć się spłacać”?
- Szczerze mówiąc to jego nawet nie trzeba było namawiać. Szybko się wkomponował w zespół.


- Tak mieszamy obecne czasy z przeszłością. Jakby Kostrzewiński teraz grał to w jakim miejscu by był?
- Patrząc na obecnych piłkarzy to myślę, że na pewno w ekstraklasie. Przede wszystkim brakuje teraz charakteru, zaangażowania w to co robią. My graliśmy przede wszystkim dla kibiców. Pamiętam, że jak graliśmy na ŁKS to zawsze wpuszczałem kolegów z Bałut na mecze. Po dwudziestu wchodzili.


- Czy to był zawód piłkarz czy raczej pasja?
- Na pewno się zarabiało, ale zawodu jako takiego nie było. Mieliśmy etaty, kontraktów nie podpisywaliśmy żadnych.


- A jak Pan wspomina trenerów?
- Leszek Jezierski znalazł dla mnie nową pozycję. W ogóle jak zaczynałem w Widzewie to jako napastnik. Później byłem prawym pomocnikiem, a skończyłem na prawej obronie. Ustawił mnie tak w meczu z Szombierkami w Bytomiu. W ogóle to były inne czasy. Myśli Pan, że ktoś nam rysował jakąś taktykę? Nie, my wychodziliśmy i graliśmy. Jedynie Andrzej Możejko dostawał indywidualne krycie na Latę, Sybisa i Marxa.


- To tak na koniec. Czego Panu życzyć?
- Zdrowia. Powiem ciekawostkę. Jestem po dwóch udarach, nadciśnieniowiec, cały czas na prochach. Ale życzyłbym każdemu, żeby po takich przejściach dawał radę.

 

Fot. Przemysław Sujka

 

Dodaj komentarz: